Świat

Październik 21, 2008 at 3:06 pm (Metafizyka, Opowiadania)

Oglądam własne dłonie.
Widzę przepaść, śmierć, własne samobójstwo..
nie! stop! Już to gdzieś widziałem! To tylko przeklęte dejavu.
Marność mego umysłu mnie nie przytłacza. Czuję, że czegoś brak.
Duszy? Serca? Ciała? Nie, to mam, ale brak mi czegoś..
celu?

Bezpośredni odnośnik 1 komentarz

Łza

Październik 7, 2008 at 5:32 pm (O sobie samym, Opowiadania, Życiowe)

Siedząc spokojnie za stołem w swojej kuchni.

Łokcie na stole, płacz słychać z daleka.

Nie, jednak go nie słychać, czuć go gdzieś.

Nożem szatkując cebulę na kolację ryczę.

To jest dobry płacz. Oczyści mi oczy.

Czuję jak ogromna łza spływa z moich rzęs.

Nawet smarkam lekko. Cóż, życie.

..

Trzeba żyć dalej, nie patrzeć za, ale przed.

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Ludzka parodia

Październik 6, 2008 at 9:44 pm (Metafizyka, Opowiadania)

Ludzkie marionetki poruszające się powoli.

Ruchami marionetek stąpają do przodu.

Głucho zawodzą nad swoim losem.

Zwodzą dzieci dając marzenia.

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Źle się śni..

Wrzesień 30, 2008 at 6:20 pm (Metafizyka, Opowiadania)

Kot śpi na poduszce..

pewnie ma koszmar, tak nogami przebiera..

a może dobre mu się śni?

Telefon gdzieś tam dzwoni sobie.

Słyszę go i nie odbieram, to tylko sms.

Wiem, że to sms dlatego go nie odbieram.

Pewnie o nim zapomnę i gdzieś

wieczorem go odbiorę.

Kot śpi i nie przebiera już łapkami.

Może lepiej już mu się śni?

<wzdycha> może..

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Wieczorem..

Wrzesień 28, 2008 at 9:24 am (Opowiadania)

Uwielbiam te wieczorne spacery.

Idę na plażę ze świadomością że mogę zrobić wszystko i nikt nie zareaguje.

O tak! Wszystko!

Słucham Oasis i patrzę w gwiazdy.

Wychodzę na plażę i patrzę w wodę,

jakieś lampiony tam pływają, muszę zejść niżej by zauważyć że te światła są na horyzoncie.

Tam latarnia morska, tam Gdańsk, a tam statki.

Piosenka ‘Hello’ zespołu Oasis rozgrzewa mi właśnie uszy.

Staję przy Bałtyku na równych nogach tak by fale mi butów nie zmyły.

Masz krwawy Bałtyku! Ofiara dla ciebie! Mój hołd!

Fale powoli zbierają to co im pozostawiłem.

Teraz śpiewam tylko ‘Hello! Hello! Good to be Back! Good to be Back!’

Wielka mantra pod wirującym nieboskłonem! Powietrze trzeszczy w moich uszach.

Siadam na łódce i podziwiam zarysy różowych chmur na zachodzie.

Widok którym nie chcę się dzielić. Nadal śpiewam tę piosenkę! Jest dobrze!

Tenw idok pokażę tylko osobie którą uwielbię! Nikomu więcej! Nie, nie, nie.

Oddycham głośno mając pewność że jestem sam. Mijam jedną parę, drugą, trzecią.

Poirytowany wracam do domu. Nadal mam dobry humor, ciekawe ile osób oddał hołd Bałtykowi tej nocy.

Oddało hołd w ten sposób? Krwawemu morzu które utrzymuje masy osób, które zabija masy osób.

Szczęśliwy wracam pośród ciemności.

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Magia

Wrzesień 13, 2008 at 7:31 pm (Opowiadania) (, , , , , )

Herbata w filiżance była zimna.

Człowiek w szarym garniturze dotknął płynu palcem sprawdzając jej temperaturę. Przyłożył palec do ust i wyszeptał ciche słowa. Woda w filiżance zaczęła stopniowo parować, a łyżeczka mieszała szybko płyn. Fusy na dnie naczynka pamiętały jeszcze poprzednie trzy naciągnięcia. Mężczyzna kogoś słuchał.

-Kolektyw na ciebie naciska. Musisz coś szybko zrobić, bo nasza moc upadnie. Już teraz magowie zaczynają się buntować.- Powiedział człowiek w różowym stroju i śmiesznej czapce na głowie.

Przypomniały mu się nakrycia głowy ludzi z Sun-Tao, z tym wyjątkiem że ich bambusowe czapki nie posiadały żadnych dzwoneczków. Mężczyzna w szarym garniturze wyjął łyżeczkę z filiżanki, osuszył i odłożył na spodeczek.

-Posłańcu, powiedz mi dlaczego ludzie nie wierzą w magyę? Czy to nie jest wasza zasługa? Ograniczacie ludziom do niej dostęp twardo niszcząc wszystkie dowody na istnienie magyi. W końcu to tylko ludzka wiara napędza waszą magyę. Wasze sztuczki do których używacie ich wiary. Sami ucięliście łeb kurze znoszącej złote jaja.- Powiedział spokojnie i spojrzał na zegarek z łańcuszkiem, który wyjął z kieszeni. -Za cztery godziny piąta.

Posłaniec uniósł ponownie głowę w górę spod różowych oprawek, dzwoneczek na jego czapeczce zadźwięczał przyjemnie.

-Pan, wielki mag zwany Kotem z Cheshire ma święty obowiązek pomóc nam w tej nagłej sytuacji. Takie sytuacje dokładnie klasyfikuje Wielki Traktat. Już cytuję..

-Dosyć!- Przerwał mu mężczyzna zwany Kotem z Cheshire. -Nie musisz mi tłumaczyć Traktatu, który sam napisałem. Od kiedy Kolektyw zwykł mi rozkazywać? Mnie nie dotyczą wasze problemy, wasza Magya. Wasze zasady mnie nie obejmują. Wasza Magya się skończy, moja Magia natomiast nie. Nie obchodzicie mnie nic, a nic. Pomogę wam tylko dlatego, że jestem upoważniony do pilnowania Wielkiego Traktatu.

Zegar na pobliskiej wierzy zaczął wybijać Piątą. Mężczyzna uniósł do ust filiżankę z mętnawym płynem i upił łyk. Nie delektował się tym, był to po prostu oszczędny łyk. Na pamiątkę zdobycia Indii przez Imperium Brytyjskie. Po chwili mężczyzna w szarym garniturze podjął znowu temat.

-Teraz są inne środki na przywrócenie wam magyi. Nie będę bezpośrednio otwierać wymiarów skutkiem czego było pojawienie się inkwizycji. Są inne środki na przywrócenie wam mocy. Dam wam niewyobrażalną moc, ale będzie ona długo się rozwijać. Będziecie na nią długo czekać.- Pokazał swoją filiżanką na dwoje mężczyzn siedzących razem na stoliku obok. -Ta kafejka jest dziś pusta, zauważyłeś? Wszyscy dziś ją będą omijać puki ty tu jesteś, oni nie. Powiedz mi, kim oni są?

Posłaniec spojrzał na nich. Kolorowe macki jego umysłu pomknęły w ich stronę. Odpowiedź była niezwykle szybka.

-John Tolkien, katolik i Clive Lewis, ateista. Obaj studenci, przyszłość niejasna.- Wypowiedział szybko słowa jakby strzelał z karabinu maszynowego.

Kot z Cheshire obserwował jak macki posłańca zwijają się z powrotem. Był świadom, że robi to z wyraźnym trudem. Przyszłość tej dwójki była jasna tylko tamten nie widział, brak magyi stępia zmysły.

-Ich przyszłość jest jasna. Sam w nią zaingerowałem. Ta dwójka spowoduje lawinę, która sprawi, że ludzie zaczną wierzyć w tę waszą magyę. To jest moja odpowiedź na błagania Kolektywu. Będziecie powoli odzyskiwać magyę. W taki sposób w jaki dała wam ją twórczość Juliusza Verne’a z którym tak zaciekle walczyliście.- Powiedział powoli dopijając herbatę.

Przymknął oczy i już  nie było posłańca.

-Do widzenia.- Powiedział obojętnie.

Nie oczekiwał podziękowań. Wiedział że nigdy ich nie dostanie. Kot z Cheshire znikając pozostawił swój dziwny, koci uśmiech w powietrzu, który utrzymywał się w powietrzu jeszcze przez chwilę. Ktoś już kiedyś widział ten uśmiech. Dawno temu, niecałe pół wieku temu.

Uśmiech zniknął rozpylony przez wiatr.

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Opowiadanie.

Wrzesień 12, 2008 at 5:18 pm (Opowiadania) (, , , , , , , )

Był nieprzytomny.

Spadał z ogromną prędkością z okrutnie dużej wysokości. Człowiek w samolocie, który go ogłuszył nie uposażył go w spadochron. Mężczyzna miał zamknięte oczy, leciał głową w dół, a pęd wpychał mu na siłę powietrze prawie rozsadzając płuca. On nic nie czuł, tylko spadał. Ziemia się zbliżała powoli jak we śnie, zielona połać tam na dole z całą pewnością była lasem. Jednakże cały krajobraz był upstrzony kwadratami pól przeciętych cieniutkimi wstęgami dróg.

A niebo było zatrważająco czyste.

Dziecko, które mogło spojrzeć w górę zobaczyło by pewnie jakąś ciemną smugę. Dorosły, spróbowałby się z całą pewnością dowiedzieć się czym jest spadający obiekt. Człowiek, który spadał był nieprzytomny. Nieświadomy spadania, żywy.. ale jednak martwy. Nie ma na tym świecie, żadnych sposobów na uratowanie tego człowieka. Jego niebieska koszula była rozdarta pędem powietrza w wielu miejscach, jeansy były nie ruszone. Lekko sznurowane tenisówki stanowiły już tylko miłe wspomnienie, pozostały w górze.

Miaaał…

Przeciągły dźwięk wibrował energicznie w powietrzu. Człowiek nadal spadał, tylko z tą różnicą jednak, że spadał plecami do dołu. Ręce i nogi były sztywno ustawione wzdłuż ciała. Szybkość, wbrew zasadom fizyki nie obracała mężczyzną. Ziemia była coraz bliżej, a dźwięk nadal wibrował.

Miaaał…

Bicie dzwonu, taak, to doskonałe określenie dla tego bezczelnego dźwięku. Drapanie powodujące łzy w kącikach oczu nasilało się. Mężczyzna był na skraju, odzyskiwał przytomność zachowując nadal ślady snu tylko po to by spotkać nieunikniony koniec. Powoli powietrze zaczynało napełniać się dźwiękami ziemi, ptakami, samochodami, ocierającymi się liśćmi. Szum drzew gdzieś daleko docierał do człowieka.

Otworzył oczy..

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.